II
Bardzo często mam tak, że chorobliwie przywiązuję się do jednej rzeczy. Pamiętacie nóż po dziadku? To zaledwie ułamek moich możliwości. Nóż został we wspomnieniach, nie czułem namacalnej potrzeby posiadania go, jedynie uporczywie trzymałem go w myślach. Nie tak jak niektóre części garderoby, książki, płyty, przybory artystyczne, szkicowniki i zeszyty. Mam takich pierdół wiele, zdecydowanie zbyt dużo jak na jednego człowieka. Poutykane w szufladach i szafkach spoczywają ukryte, dostępne tylko dla mnie. Dzisiaj opowiem wam o najbardziej trywialnej rzeczy świata. Miałem wyjątkowy pasek do spodni. Wyszukałem go w szmatlandzie, nie był jakiś szczególny. Ot zwykły, skórzany pasek w niczym niewyróżniającym się odcieniu brązu. Kupiłem go w najsilniejszym napadzie manii. Wydawał mi się fantastyczny, wręcz byliśmy sobie przeznaczeni. Nie byłem w stanie wyjść ze sklepu z myślą, że go nie kupię. Byłem tam z mamą. Pokazywałem jej zafascynowany jak cudowną rzecz znalazłem. Patrzyła na mnie skonfundowana. „Przecież to tylko pasek” — fukałem, puszyłem się i dziwiłem jak może tak mówić. W końcu to prawdziwe cacko. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Z nim czułem się kompletny. Solidny kawał skóry podtrzymujący każde jedne spodnie, które miałem.
W pewnym momencie zacząłem czuć jakbyśmy byli zrośnięci. Nie wyobrażałem sobie życia bez tego paska. Nosiłem go do wszystkiego i wszędzie. Momentami dochodziło do tego, że wcale nie musiałem go mieć na sobie, wystarczyło, że był w plecaku. Przecież nigdy nie wiadomo co stanie się podczas największego kataklizmu, prawda? Musiałem mieć ten pasek przy sobie. MU-SIA-ŁEM. Chudł razem ze mną. Wybijałem w nim kolejne dziurki zardzewiałym gwoździem. Na drewnianej desce do krojenia. Mówiłem już, że w naszym domu niektóre przedmioty są do wszystkiego? Pasek służył mi kilka dobrych lat. Nawet gdy zaczął pękać w pół, a wewnętrzna warstwa skóry łuszczyła się brzydko. Zszywałem go i kleiłem cierpliwie. To, co można naprawić, dalej sprawuje swoją funkcję. Wmawiałem sobie, że nie lubię marnować rzeczy, ale tak naprawdę byłem z nim tak mocno zrośnięty, że myśl o wyrzuceniu go fundowała mi solidny atak paniki. Pasek. Czaicie to? Był częścią mnie, nie mogłem się go pozbyć. Czułbym się jakbym co najmniej miał urąbać własny palec. Pociłem się, nie mogłem złapać tchu, kolana trzęsły mi się do tego stopnia, że musiałem usiąść, a gula w gardle rosła niemożliwie, przyprawiając o mdłości. Splatałem nerwowo palce, ale myśl o utracie paska nie chciała mnie opuścić. To była prawdziwa obsesja. Nie chodziło o to, że miałem eksponować go jak wypasiony element garderoby, na który miałbym wyrywać dziewczyny czy chłopaków. To nie ten rodzaj fascynacji. Dziwnie byłoby sprowadzać rolę paska do metaforycznego wystawiania fiuta, aby konkurować z innymi. Traktowałem go jako całkiem naturalną część brzucha i lędźwi. Nikt nie podchodzi do ludzi i nie pokazuje kawałka skóry licząc na wielkie uznanie. Choć mogę się mylić…
Czułem się zagrożony, przekonany, że utracę kolejny kawałek bezpieczeństwa, których miałem niewiele. Wierzcie mi, w manii ludzie nie myślą trzeźwo. Świat rozpada się na kawałki i chwytasz się czegokolwiek, co zatrzyma cię w tu i teraz. Myśli ścigają się ze sobą jak pociągi w metrze, każdy w swoją stronę, a przecież nie jesteś w stanie gonić za dwoma jednocześnie. To fizycznie niemożliwe. Dlatego targa twoimi myślami jak dwoje naburmuszonych dzieci, każde uczepione ramienia chcą przeciągnąć cię na swoją stronę. Tylko, że siły są zrównoważone. Głowa ucieka raz w lewo, raz w prawo, przyprawiając o zawroty. Pasek był moim tu i teraz.
Komentarze
Prześlij komentarz