Statyści w moim życiu I
„I do dream you, allow meTo believe you are the real meI see you breathin' underwater, see you on both sides of a doorI didn't mean you to fathom what you boughtI'm away, I'm awayAnd anywhere to suffice”— John Frusciante „Away and anywhere”
Najbardziej wyraźne wspomnienie jakie posiadam, sięga czasów studiów. Widzę w nim siebie, zamkniętego w ciasnym pokoju, otoczonego przyborami do rysunku. Węgle, grafity w bloczkach, własnoręcznie zaostrzone ołówki „profesjonalne” jak i te budowlane. Do budowlanych zawsze miałem słabość, może przez wzgląd na ojca, który trzymał kilka w szafce. Tak na wszelki wypadek, gdyby dostał jakąś fuchę. Jako dzieciak patrzyłem, gdy ostrzył je kuchennym nożem. Mieliśmy jeden nóż do wszystkiego. Taki po dziadku, wiecie, naprawdę stary. Kroiliśmy nim chleb, smarowaliśmy masłem, później wykręcaliśmy śruby, dzieliliśmy arkusze papieru, ostrzyliśmy ołówki. Pewnego dnia musieliśmy pożegnać się z nożem. Ojciec zabrał go na fuchę. Jak już mówiłem, nóż był do wszystkiego, dlatego ojciec ciął nim również regipsy. To takie wielkie panele gipsowe, z których można zbudować beznadziejnie cienką ścianę, przepuszczającą każdy dźwięk. Ojciec wykładał nimi podwieszany sufit. Przy cięciu, któregoś z kolei, arkusza nóż się złamał. Mama płakała, nie mogła znieść, że w domu nie będzie więcej noża po dziadku. Chyba bolało to nas wszystkich. A na pewno bolało to mnie, bo byłem wzorowym maminsynkiem. Gdy jej było źle, ja również cierpiałem. Nie pozwoliła wyrzucić tego, co z niego zostało. A zostało naprawdę niewiele, bo zaledwie rękojeść ze smutnym odłamkiem ostrza. Do dziś ojciec ma ten nóż w piwnicy. Do dziś nie został naprawiony. Mama od czasu do czasu mu o tym przypomina, ale wiecie jak to jest. Czasami po prostu trudno się do czegoś zabrać. Ten nóż będę pamiętał długo. Widziałem go za każdym razem, gdy ostrzyłem budowlane ołówki. Kolejne zrębki lądowały w koszu, a ja wyobrażałem sobie, że odcina je nóż po dziadku. Taki wiecie, naprawdę stary, a w moich wspomnieniach jeszcze starszy, bo nie byłem już dzieckiem. Ten nóż starzał się razem ze mną.
Wracając na właściwe tory. Ja, otoczony przyborami do rysunku, pochylony nad kolejną pracą. Przyczepiona do cienkiego kawałka płyty wgapiała się we mnie czarno-białymi ślepiami. Wołała do mnie, a ja nie mogłem jej usłyszeć, nie w pełni. Słyszałem tylko słowa piosenki. Też tak macie, że zapętlacie jeden kawałek, żeby lepiej skupić myśli? W pewnym momencie słowa zlepiają się w jeden, powtarzany w kółko dźwięk. To tylko tło. Tło, które daje ci poczucie bezpieczeństwa. A ja nigdy nie czułem się bezpiecznie. Czekałem na kolejne fale emocji, które uderzały we mnie zaciekle. Musiałem być klifem, naprawdę zwartym i stabilnym, cholernym kawałem skały. Wszystko po to, żeby przyjmować je po kolei. Nasiąkać, pozwalać, by mnie pochłonęły. Wiecie, kropla drąży skałę nie siłą, a częstotliwością spadania. Tak samo było z moimi morderczymi falami. Zalewały mnie, a ja poddawałem się niszczącemu żywiołowi. Jednocześnie czekałem na nie i starałem się ich uniknąć. Wiedziałem, że nie są zdrowe, że kropla po kropli wyniszczają mnie w środku i na zewnątrz. Chudłem w oczach, umysł miałem coraz bardziej splątany. Koniecznym było, aby nie pokazywać po sobie zbyt wiele, nie pokazywać niczego, co wzbudzi podejrzenia. Ludzie powinni widzieć jedynie fasadę. Byłem znakomitym aktorem. Do tej pory jestem z tego dumny, chociaż nie powinienem. Może gdyby maska znikła, moje życie potoczyłoby się inaczej. Tylko czy byłoby lepsze? Za każdą myślą idzie wątpliwość, ale to mają wszyscy. Natomiast wszyscy nie mają w głowie szaleńczego pościgu za i przeciw. Tak czy nie?Jak i dlaczego? Czy to co dobre jest faktycznie dobre, a może jest złudzeniem? Albo jest złe tylko masz za słabe szkła kontaktowe żeby to dostrzec. Czy w ogóle potrzebne są ci szkła kontaktowe? Może twój własny wzrok wodzi cię za nos. Czy aby na pewno mam gorsze samopoczucie? Czy aby na pewno moje gorsze samopoczucie istnieje? To mam w końcu tę depresję, czy jej nie mam? Od tygodnia czuję się tak wspaniale, tak lekko, jestem tak pełen życia, że nie muszę spać. Nieważne, czy wypiję jedną kawę, pięć czy siedem, albo nie wypiję żadnej. To ciągły galop pytań, nieistotnych spostrzeżeń, powtarzanych w kółko czynności. Wydeptujesz kolejne ścieżki w dywanie, okrążając całe mieszkanie. Od kąta do kąta, od pomieszczenia do pomieszczenia. Od szafy, do kuchenki, od komputera do kanapy. Siadasz na chwilę, ale twoje nogi są kompletnie poza kontrolą mózgu. Sygnały nie działają, nie są w stanie ich uspokoić, tupiesz w panele. Wstajesz, robisz kolejną rundkę po mieszkaniu i kolejną, i kolejną, i kolejną. Wychodzisz z domu, idziesz do sklepu, chociaż niczego nie potrzebujesz i wracasz się będąc prawie pod domem, bo zapomniałeś o czymś, czego również nie potrzebujesz. Włączasz muzykę i ją wyłączasz, bo jest zbyt drażliwa. Później znów ją włączasz, wybierasz coś energicznego, a rytm niesie cię przez kolejną trasę po mieszkaniu. Lubiłem słuchać Eminema. Im bardziej agresywny, wkurwiony kawałek, tym lepiej, a takich w repertuarze ma mnóstwo. Wyrażasz agresję w bezpieczny sposób. Odkurzasz, myjesz podłogi. Zmywasz naczynia. Znów myjesz podłogi dopóki nie będzie można zlizywać z nich jedzenia. Cały dom pachnie jak pieprzone laboratorium i dopiero wtedy możesz odpuścić, zająć się czymś innym. Siadasz do rozpoczętego projektu, dorysowujesz kolejne elementy, mózg podpowiada ci, że nie są wystarczająco dobre, że światłocień nie taki, że perspektywa do dupy. Wycierasz wszystko — gumka chlebowa jest w stanie pochłonąć naprawdę dużo grafitu — pucujesz do czysta. Rysujesz od nowa. Najpierw szkic, później szarości. Znów nie tak, znów od nowa. Mógłbyś skończyć rysunek w jeden wieczór, ale perspektywa spędzenia nocy na pracy wydaje ci się bardziej kusząca. Goni cię termin, a ty jesteś sprinterem z podłączoną dorożką, dajesz radę. Liczy się sama gonitwa, która cię pochłania. Podkręca ci ciśnienie, więc sprawia, że żyjesz i tego się trzymasz. A chcesz żyć i chcesz żeby życie toczyło się z tobą. Chcesz być pierwszoplanową postacią w swoim życiu. Czujesz się dobrze, najlepiej i czujesz się najlepszy. Czujesz, że coś znaczysz, że każdy patrzy na ciebie z podziwem, dlatego dotykasz życia w pełni i wiesz, że jesteś stworzony do wielkich rzeczy. Wszyscy patrzą, wszyscy czekają na twój najlepszy ruch, najlepszy żart, najlepszy obraz, najlepsze splunięcie pod nogi temu, który nie liczy się tak jak ty. Czujecie to? Czujecie to niekończące się szaleństwo pytań, spostrzeżeń, megalomaństwa? Bardzo długo czułem się w ten sposób. Właściwie czułem się tak przez większość studiów licencjackich. Czułem, że coś znaczę. Tylko cień, bardzo wąski i słaby, podpowiadał mi, że nie jestem dość dobry, że moje prace nie są tak wspaniałe jak mi się wydawały. Cienka nitka zwątpienia i lęku paraliżowała mnie przed każdym jednym przeglądem prac. Znikała dopiero wtedy, gdy mnie chwalono. A bardzo chciałem być chwalony i zauważalny. W końcu byłem pierwszoplanową postacią w swoim życiu. Czy to sprawiało, że puszyłem się przed znajomymi — oczywiście, że nie. Jak już wspominałem, byłem znakomitym aktorem. Miłe słowa utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie jestem beznadziejny. A beznadziejny czułem się w momentach zwątpienia, w momentach, gdy moje gorsze nastroje przejmowały nade mną kontrolę, gdy nie byłem najlepszą wersją siebie. Tylko przez chwilę, ten jedyny moment, który rozwiewało dobre słowo. Znów czułem się fantastycznie. Mogłem wtedy więcej, bardziej, szybciej i dłużej. Sen? Zbyteczny. W końcu było tak wiele rzeczy do zrobienia. Tyle prac do narysowania, tyle projektów do skończenia. Wybaczcie to szaleńcze tempo, ale bez niego nie jestem w stanie uchwycić myśli. Bo dziś jest ten dzień, gdy życie zaczyna przyspieszać, a ja kręcę się niczym zabawkowy bączek w dłoniach nadpobudliwego dziecka. W tycich rączkach, które mógłbym chwycić i zmiażdżyć, ale nie robię tego. Tylko w wirze życie ma smak, kolory i zapach. A ja potrzebuję żywego świata, nie tego szaroburego, nie tego zmielonego na bezsmakową papkę.
Im dłużej jestem w stanie niepohamowanej ekscytacji, zaczynam to życie lubić. Tak naprawdę i od serca. Mógłbym nawet stwierdzić, że je kocham, ale to byłoby już kłamstwo. Nawet w najbardziej nasyconym kolorami obrazie istnieje podmalówka z szarości. Wiecie, tak malował Caravaggio. To klasyczna technika malowania warstwowego. Najpierw nakładasz cienie, półcienie i blaski. Wszystko to zakrywasz półprzezroczystymi kolorami do tej pory, aż uzyskasz czystą głębię i kontrast. Ale czasami ta szarość wybija. Widzisz ją w załamaniach światła i nie możesz oderwać wzroku. Jest wręcz magnetyzująca. Jak pierwsza wystawa w galerii, pierwsze wino, pierwsze wagary, czy też pierwszy pocałunek (jeśli ktoś woli taką opcję) . I tutaj ośmielę się stwierdzić, że miłość jest jak szarość. Jest ciekawa, ale też niebezpieczna, bywa nijaka, potrafi zniszczyć kolor, gdy nieumiejętnie z niej skorzystasz. Ma wiele odcieni i różne temperatury, ale potrafi być jedynie szarością, którą tracisz zainteresowanie, gdy wypełni cię po brzegi. Wszystko w nadmiarze staje się pospolite. Może dlatego nigdy nie potrafiłem zakochać się na serio. Mojego szarego życia nie pokochałem nigdy. Kusiło mnie, napawało melancholią, przynosiło kompletnie inne emocje, czułem się dopełniony, nafaszerowany nową wizją świata. W końcu stawało się to męczące. Potrafiłem kochać siebie w tym stanie, oczywiście na swój sposób. Dużo pisałem, dużo paliłem i wmawiałem sobie, że potrafię kochać ludzi. Że potrafię ich uwodzić, że jestem doskonałą partią nawet z szarą od smutku facjatą. Wiecie, niektórzy lecą na przygnębione spojrzenie. Nie śmiejcie się, sprawdziłem to wręcz organoleptycznie. Miałem swoich cichych fanów od jazzu i poezji. Teraz wydaje mi się to koszmarne, ale taka jest prawda. Ludzie lecieli na mnie przez jazz i poezję. Bujałem się po klubach, czytałem dużo i za każdym razem szukałem coraz to bardziej niszowych, niezrozumianych pisarzy. Nie powinienem się tego wstydzić, bo to mnie ukształtowało, ale patrząc na mnie z boku — byłem chodzącym memem. Jeszcze kilka lat temu by mnie to przybiło, teraz nabrałem dystansu. Ale nie o tym była mowa, a o szarości stricte. Przychodziła znienacka. Nie wypatrywałem jej, nie starałem się dostrzec w zaułkach. Ona… po prostu przychodziła. Budziłem się i już ze mną była. Zasypiałem i nie miałem pojęcia, czy rano również będzie obok. Robiliśmy razem herbatę, ostrzyliśmy budowlane ołówki, chodziliśmy nad rzekę o brzasku i siedzieliśmy na mokrej trawie. Czasami przynosiła mi do głowy spokój, bardzo dużo spokoju i ciszy. Kompletna pustka, mój mózg był wyżmięty z pomysłów jak podłogowa szmata. Nie było we mnie za grosz tamtego mnie, który tryskał energią i coraz to bardziej pokręconymi skojarzeniami, projektami, żartami. Nie potrafiłem tamtego mnie odszukać. Niektórzy mówią, że depresja to czarna ściana. Moja depresja to czysta biel, a bielą jest światło. Światło, które razi cię w oczy i zalewa każdy pojedynczy neuron. Jest jak patrzenie prosto w słońce, może cię skrzywdzić, popsuć. Czasami mieszka ze mną miesiącami, czasami kilka dni, kilka godzin. Nie mogę być pewien kiedy odejdzie i kiedy wróci kolor. To jest w tym wszystkim najgorsze. To wpatrywanie się w czarno-białe ślepia dzień w dzień, czekając, aż cię pochłoną. Czekałem na kolor, potrzebowałem go. Chciałem oderwać od siebie łatkę przygnębionego typa słuchającego Monka. Nie mogłem ścierpieć, że definiuje mnie tylko to. Nie chciałem stać się pospolity. Jak już mówiłem, moja szarość koniec końców stawała się męcząca. Zmęczony byłem nie do zniesienia. Dla innych pewnie też, ale głównie dla siebie. Robiłem wtedy durne rzeczy, naprawdę pokręcone głupstwa. Uwielbiałem zimne kąpiele. Nie krótkie prysznice, a dryfowanie w wannie pełnej zimnej wody. Moczyłem bawełniany ręcznik tak, żeby kapała z niego woda. Później kładłem ten ręcznik na twarz, pozwalając, aby mokry materiał przylepiał mi się do policzków, oczu, nosa, ust. Miałem wrażenie, że tonę i było to fantastyczne uczucie. Przynosiło nadzieję, że wykurzę z siebie szarość, że pęknie prędzej ode mnie i będę w stanie ją z siebie wyrwać. Zamordować mokrym, bawełnianym ręcznikiem. W końcu czekanie nudziło, wiedziałem, że próby będą bezowocne. Nic się nie zmieniało, a wściekłość narastała we mnie w zawrotnym tempie.
Komentarze
Prześlij komentarz